2010-02-06 18:29:58
Eurowizję promować czas zacząć! Już 14 lutego odbędą się eliminacje do finału konkursu Eurowizji 2010. Nurtujące pytanie: kto tym razem będzie nas reprezentował? Oto, kto mógłby się tam znaleźć:
Marcin Mroziński - Legenda; osobiście to jest mój typ. Pierwsze wrażenie? Folk? Nie folk? Kurde, nie znam się ale zaraz to wyłączę.. I gdy tak powoli zbliżał się do refrenu byłem coraz bardziej za tym utworem. Pierwszy jaki przesłuchałem ale mnie urzekł, po prostu urzekł. Głos, słowa, muzyka: świetna kompozycja. Początkowo zajechało mi lekko Alexandrem Rybakiem. Ale później w ogóle od tego odszedłem. Jest niemalże idealnie; przynajmniej jak dla mnie. A końcówka, gdzie wydawałoby się, że będzie totalną eksplozją, jest zwykłą ciszą. Nie spodziewałem się tego ale to kolejny plus. 9/10
Vir - Sunrise; nie poraziło mnie. Ani trochę, ani na chwilę, ani przez sekundę. Jak dla mnie to kompletnie nijaka piosenka. Nie wiem co nad tym zadecydowało. Pierwsze skojarzenie- Coldplay. Tego akurat za bardzo wytłumaczyć nie mogę choć do Coldplay osobiście nic nie mam:) Za wolne, za spokojne, mało za sobą niesie; jedyne co mi się spodobało to horrorowy klimat teledysku. To wszystko, finito. 2/10
Sonic Lake - There Is A Way; bardzo ładne, przyjemne intro i fajny, damski głos. Teledysk jest jaki jest ale to na szczęście nie jest tu żadnym wyznacznikiem, który mógłby pomóc w dostaniu się do konkursu Eurowizji. Rad jestem, bo utwór miałby chyba marne szanse.. Ale skoro klipu nie bierzemy pod uwagę to może jest szansa na wygraną; nie miałbym nic przeciwko gdyby Sonic Lake reprezentował Polskę w Norwegii ale jak dla mnie to faworytem nie będzie. 5/10
Nefer - Chciałem Zostać Sam; utwór sam w sobie tragiczny nie jest ale tak jak Sunrise- nie przemawia do mnie. Pierwsze skojarzenie, jak chyba większość internautów, to ogromne podobieństwo do Tokio Hotel. Kiedyś obiła mi się o uszy nazwa Nefer i na tym się skończyło. Nigdy wcześniej tego człowieka nie słyszałem i, pozostając szczerym, nie żałuję. Do konkursu raczej się nie zakwalifikuje; a przynajmniej mam taką nadzieję:) 4/10
Iwona Węgrowska - Uwięziona; według mnie to typowa piosenka eurowizyjna, żadna nowość, żaden szok. A takich utworów na Eurowizji powinno być jak najmniej; bo im większe zaskoczenie- tym lepiej. Co do głosu nie mam żadnych zastrzeżeń bo nie od dziś wiadomo, że Węgrowska głos ma dość potężny; i brzmi świetnie. Ale czegoś jednak brakuje. Tylko czego? Co do teledysku to generalnie do złudzenia przypomina mi Final Fantasy łamane przez filmiki z Tekkena; ale kto tam wie o czym mówię..:P 6/10
ZoSia - To, Co Czuję (Jak Ptak); to mnie kompletnie zaskoczyło, co jest plusem, bo takiego czegoś, co ogólnie jest wielkim minusem, się nie spodziewałem. Bowiem przeglądałem wyniki sondy na stronie tvp i ku memu zdziwieniu właśnie ZoSia jest na prowadzeniu. To, że społeczeństwo polskie jest czasem naprawdę zaskakujące i dziwne wiemy nie od dziś, ale że Polacy, którzy najpierw wybierają na Eurowizję coś co później ostro krytykują to już mnie osobiście przerasta. Mam zatem nadzieję, że ZoŚka do konkursu się nie dostanie, a naród opamięta się i głosować na nią nie będzie. 2/10
Dziewczyny - Cash Box; podoba mi się. Bardzo dobre głosy i tekst, prosta melodia, która z czasem się rozkręca co daje całkiem niezły efekt. Gdybym nie przesłuchał jej dwa razy napisałbym, że nie nadaje się na Eurowizję. A jednak. Zmieniłem zdanie. Moim faworytem nadal jest Mroziński ale jeśli mu się nie uda to kciuki będę trzymał za Dziewczyny. 7/10
Aneta Figiel - Myśl O Tobie; najpierw wpadła mi w ucho, później z niego wypadła, gdyż doszukałem się podobieństwa do Natalii Lesz vel. daj cukierka, daj lizaka, loda daj, a następnie znowu wróciła i została. Na krótki czas ale to już kawałek jakiegoś sukcesu. Ogólnie odbiega chyba od wspomnianej artystki prawie wszystkim. Oby. Naprawdę miła dla ucha piosenka i chyba miałaby szanse gdyby była w języku angielskim. Bądźmy szczerzy- jedyny sukces osiągnęła Edyta Górniak z polską piosenką. Ktoś inny zaszedł jeszcze tak daleko z piosenką w swym narodowym, polskim języku? Nie dysponuję taką wiedzą więc jeśli komuś się to udało to proszę o poprawienie mnie:) 5/10
Leszcze - Weekend; nigdy nie fascynował mnie ten zespół, także jego piosenki są mi kompletnie obce, a ta, która ma zamiar startować do konkursu jest, wg mnie, porażką. Ok, jest skoczna, rytmiczna i w ogóle kolorowa ale to jest tak bardzo nie mój gust, że przy tym Nefer okazuje się być wspaniałym zespołem, Ja im dużych szans nie daję. 1/10
Anna Cyzon - Love Me; ubiorem Doda, wyglądem wokalistka The Veronicas, ale stylu nie określę. Fajne intro choć nie wiem czy nie jest za długie jak na trzyminutową piosenkę, natomiast wejście, tzw szoł, z tym intro mogłoby być wręcz genialne. Głos jest, wygląd jest, słowa i muzyka są; zatem życzę powodzenia! 6/10
Jak potoczą się losy i kto będzie reprezentował Polskę zobaczymy już za 8 dni. Głosować będę na Mrozińskiego i zdania nie zmienię. Chyba, że zawali występ na żywo, wtedy pomyślę nad oddaniem głosu na Dziewczyny. Jak wyjdzie, czas pokaże. Do napisania za tydzień:)
Tagi: eurowizja
2010-01-29 20:25:04
Znalezione w necie na poprawę humoru. Radzę przeczytać od początku do końca.
Czy ta historia może być prawdziwa?
Posiadam. Wróć.
Moja żona posiada kota, rasy kotka, rasy czarnej, rasy ze
schroniska, rasy małe kocię. Guzik by mnie to obchodziło gdyby nie
fakt, że jest małe, że chodzi to to bez przerwy za mną i
trzeszczy - a to na ręce, a to żreć, a to trzeszczy dla samego
trzeszczenia, zupełnie jak jej pani. Generalnie pogłaskać mogę,
kopnąć jakąś rzecz, która leży na ziemi żeby kot za nią
biegał też, niech chowa się zdrowo do czasu, aż raz zapomnę
zamknąć terrarium i zajmie się nim mój wąż, reszta to nie
mój problem. Ale do czasu. Staje się to moim problemem gdy
moja współmałżonka udaje się w celach służbowych gdzieś
tam na ileś tam. I spada na mnie karmienie, wyprowadzanie i
sprzątanie po tym całym tałatajstwie. Jako że to zawsze lekko
olewam i robię wszystko w ostatni dzień przed powrotem małżonki
nie nastręcza mi to wiele problemów.
Kot jest od niedawna
i od niedawna jest nowy zwyczaj - niezamykania łazienki, gdyż w
niej znajduje się urządzenie zwane potocznie kuwetą, do którego
kot robi to samo co ja w toalecie, czyli wchodzi i może spokojnie
pomyśleć. Mnie jednak uczono całe życie zamykać te cholerne
drzwi do łazienki za sobą, więc stale żona mi trzeszczała, że
kot tam nie może wejść i „myśleć”. Ja jestem stary i się
nie nauczę, poza tym mieszkam tu dłużej niż ten kot, sam dom
stawiałem, moje drzwi, mój kibel, wypierdalać więc. I
postawiłem na swoim. Od jakiegoś czasu kot chodzi do toalety razem
ze mną. Jak nie ma małżonki to musi zazwyczaj czyhać na mnie albo
miauczeć coby przypomnieć, że trzeba mu łazienkę otworzyć, bo
jak jest żona to ona ma już w biosie zaprogramowane - ja wychodzę
i zamykam, ona idzie i otwiera, żeby kot mógł wejść - taka
technologia po prostu. Czasem kot skacze na klamkę, ale ma jeszcze
zbyt małą wyporność i zwisa na niej bezradnie. Jednak jak moja
żona będzie nadal go tak karmić- to w szybkim tempie będzie za
każdym razem klamkę upierdalał - a wtedy wiadomo - wąż.
Dobrze
więc, uporządkuję: żona - delegacja, ja - praca. Wracam, wchodzę
do domu, kot przy drzwiach do łazienki skwierczy, bo jak wychodziłem
to zamknąłem za sobą. Ok, kotku mnie się też chce. Idziemy razem
- ja toaletka, okienko uchylam, papierosik (bo żona będzie za trzy
dni - więc spokojnie wywietrzę) kotek swoje, ja przez okienko
spoglądam, jest cudnie. Kotek wskakuje na kaloryfer, na parapecik i
patrzymy razem przez okno. No cudnie. Kot skończył dawno, ja teraz,
pet do muszli, spuszczam wodę, a ten mały skurwiel jak nie śmignie
i sru za tym petem z tego parapetu i do kibla. Zakręciło nim dwa
razy i kota nie ma. Nawet nie zdążył miauknąć. No ja pierdolę.
Nie ni chuja to niemożliwe jest. Przecież nawet taki mały kot jest
kurwa za duży, żeby przejść tym syfonem. Ale słyszę tylko
pizdut - oż kurwa, no to nie mogło mi się zdawać - coś ciężkiego
poszło w pion. Kurwa, wszyscy święci w trójcy jedyny Boże,
ukazali mi się przed oczami. Kot kurwa popłynął wprost w odmęty
prawego dopływu królowej polskich rzek.
Lecę kurwa
na dół do piwnicy, choć może powinienem od razu do
schroniska, zanim wróci moja żona - nie ma wafla, znajdę
jakiegoś małego czarnego skurwiela z białą krawatką, nie było
jej kilka dni, może się nie połapie. Ale chuj, najpierw do piwnicy
- zbiegam po schodach, słucham - coś drapie w rurze, pion, kawałek
płaskiej rury - miauczy - jest, kurwa, żyje i nie poleciał do
sieci miejskiej. Nawet jak teraz zdechnie to chuj, przynajmniej będę
miał jego truchło i powiem, że kojfnął z przyczyn naturalnych
albo tylko lekko nienaturalnych, bo przecież mi baba nie uwierzy za
chuja trefla, że kot sam wpadł do kibla. Ale na razie drapie i
żyje.
Znalazłem taki wziernik, gdzie można zaglądnąć do
tej rury i wołam. Kici, kici! Ni chuja, nie przyjdzie, wołam,
wołam, a ten kurwa głąb zamiast przyjść do mnie to kurwa chce
iść tam skąd przyszedł, czyli do góry w pion. Ja go wołam,
a on do góry drapie. I udrapie, udrapie kilkanaście
centymetrów i zjazd w dół. No pojebało i mnie, że tu
stoję i jego (kota) Tak przez pół godziny. Prosiłem,
wołałem, błagałem, groziłem, wabiłem żarciem i ni chuja, uparł
się i nic tylko rurą do góry z powrotem do kibla. Za daleko,
żeby włożyć rękę, grabie czy cokolwiek. Jedyna metoda - fight
fire with fire - ogień zwalczaj ogniem.
Zatkałem tę rurę
przy wzierniku deszczułkami, których używam na podpałkę do
kominka, żeby kot nie popłynął już nigdzie dalej i z buta na
górę do kibla - geberit i woda w dół - bombs gone. I
bieg do piwnicy. Po drodze słyszę jak się przewala po rurach -
podziałało. Wbiegam do piwnicy i kurwa koniec świata. Nie ma moich
deszczułek - no może z jedna, cała prowizoryczna tama poszła w
chuj i kota też nie słychać już. Ja pierdolę. Kurwa, gdzie ta
rura teraz idzie - coś mi świtnęło, że kanalizacja w ulicy, dom
od ulicy ze 30 metrów - może nie wszystko stracone i gdzieś
się zwierzak zatrzymał po drodze.
Biegnę na ulicę, jest
studzienka - mam nadzieję, że to od mojego domu. Ni cholery jej nie
podniosę. Ciężka jak szlag i nie ma za co chwycić. Powrót
do domu i pogrzebacz od kominka, tym może uda się to podważyć. Ni
cholery - najpierw ugiąłem, potem złamałem żelastwo. Myśl! Auto
stoi na ulicy - mam pas do holowania, może uda się to szarpnąć.
Hak, pas, wsteczny - poszło, aż zakurzyło. Po jaką cholerę takie
te wieka robią ciężkie. Smród jak cholera, ale złażę tam
- ciemno jak w dupie, rura jest, wygląda, że idzie od mojego domu.
Latarka. Kurwa, mam w aucie, chujowa, ale może starczy. Włażę po
raz drugi- smród mnie już nie zabije - przywykłem po chwili.
Zaglądam i jest, oczyska mu się tylko świecą. I znów ta
sama bajka. Kici, kici, kici, a ten mały skurczybyk spierdziela w
drugą stronę. No ja pierdolę. Szlag mnie trafi. Długo tu nie
wysiedzę, jest zimno, śmierdzi, a na dodatek ktoś mi zwali tę
pokrywę na łeb i moje problemy się skończą jak nic. Nie chcesz
po dobroci, to będzie po złości.
Do domu, po brezent.
Wyłożyłem dno studzienki, tak by mi nie wpadł głębiej. Zużyłem
wszystkie taśmy samoprzylepne, plastry, żeby nie wpadł do głównej
nitki kanalizacyjnej. Zaglądam co chwilę do rury, ale słyszę
tylko miauczenie i nic nie widzę. Poszedł gdzieś w pizdu. Jeszcze
tylko trójkąt, żeby nikt się w tę otwartą studzienkę nie
wpierdolił, bo na ulicy ciemno. Sąsiad, kurwa, ciekawski, widziałem
żłoba jak patrzył przez okno, jak próbowałem pogrzebaczem
podnieść wieko. Nie przyszedł pomóc, a teraz chuj złamany
stoi i się dopytuje. Co mam mu kurwa powiedzieć? Że przepycham
kotem kanalizację? Idźżesz w chuj, pacanie.
Powiedziałem mu w
końcu, żeby poszedł do domu i pozatykał sobie też wszystkie
otwory, bo na początku osiedla była awaria i wszystkie ścieki się
wracają i wybijają w domach - a ten baran się przestraszył,
poleciał i przed swoim domem siłuje się z pokrywą. Niech ma za
swoje.
Wracając do kota - bo menda tam siedzi i nie chce
wyjść. Mam wszystko gotowe, więc do domu, jedna wanna, druga
wanna, koreczek i napuszczam wodę. Papierosik i czekam pod
studzienką, bo nuż mu się zmieni i wyjdzie dobrowolnie. Kurwa,
drugi sąsiad przyszedł - po pięciu minutach następny odmyka
wieko, teoria samospełniającej się przepowiedni działa - kurwa,
ludzie to są barany. Idę do domu, obie wanny pełne, ognia -
spuszczam wodę z wanien i dokładam dwa spusty z dwóch
spłuczek z domu. Nie ma chuja, to go musi wygonić albo utopić.
Lecę na ulicę, woda wali na brezent aż huczy, a tego
skurwiela dalej nie wylało z kąpielą. Kurwa mać, urwało się
wszystko w pizdu i popłynęło, bo ileż to utrzyma tej wody.
Brezent, taśmy, plastry, sznurki - w chuj - jak się to gdzieś
przytka, to będę miał przejebane. Znowu do domu po drugi
pogrzebacz, bo trzeba zamknąć ten pierdolony dekiel. Wchodzę - a
ten skurwiel kot tarza się w sypialni po łóżku. No ja
pierdolę! Jak on kurwa wyszedł, którędy? Ano kurwa
wziernikiem w piwnicy - zostawiłem otwarty. Ja kurwa stoję i marznę
a ten gnój tarza się w mojej pościeli. Zajebię. Przerobię
na pasztet. I jeszcze z radości włazi na mnie. Kurwa mać.
Przynajmniej kuleje.
Straty: zajebane łazienki, w obu
przelała się woda z wanien, zajebana piwnica, bo zostawiłem
otwarty wziernik i duża część wody poleciała na piwnicę.
Pościel w sypialni do wyjebania, brezent z reklamą firmy - poszedł
w chuj, latarka - w chuj, pogrzebacz w chuj. Afera na ulicy jak chuj.
Osobiście- się uśmiałem:D
Tagi: znalezione